dotacje dla firm
okna dachowe
klocki
kostiumy kapielowe
firmy walbrzych
Mehta rzucił okiem na książkę i dał się wciągnąć. Odesłał sekretarkę i odwołał następne spotkania. Dwie godziny później pojawił się na zebraniu redakcyjnym i odczytał na głos, słowo po słowie, pierwszych piętnaście stron książki". W tymże 1983 roku londyński "Sunday Times" ogłosił "Cesarza" książką roku, a Salman Rushdie porównywał Kapuścińskiego do Italo Calvino (znamienne, że nikt w Polsce ani na świecie nie porównywał go z "szalejącym reporterem"
swoich dni pozostał wierny własnej poetyce faktopisarstwa, którą zwał "mozaiką". Inni reporterzy uprawiali fikcjopisarstwo, ale były to klasyczne powieści i opowiadania. Kapuściński stworzył właściwie nowy gatunek literacki. Nie podejmuję się tutaj próby zdefiniowania tego gatunku. Sam autor nazywa to, co pisze, "nowym tekstem", twierdząc, że sprawą krytyków i badaczy jest te "nowe teksty" zakwalifikować i nazwać. Niemal w tym samym czasie, kiedy przekładano
"strzałem w dziesiątkę". Ale dopiero po ogłoszeniu stanu wojennego, internowaniach, śmierci górników "Wujka" i innych represjach, zagraniczni wydawcy dostrzegli w "Cesarzu" coś więcej niż tylko reportaż o ostatnich latach panowania etiopskiego satrapy. "Kiedy ČCesarzÇ - pisze Bill Buford w ČVogueÇ - pierwsza przetłumaczona na angielski książka Ryszarda Kapuścińskiego znalazła się na biurku Sonny'ego Mehty, redaktora naczelnego wydawnictwa
zdobyła ogromną popularność. Odczytywano tę książkę różnie: jako paraboliczny portret Stalina, a nawet jako satyrę na ostatnie lata panowania Gierka. Był to rok 1978 i za dwa lata miał wybuchnąć strajk w Stoczni Gdańskiej, który stał się początkiem upadku radzieckiego systemu w Polsce. Mimo pozorów normalności, pojawiły się już pierwsze objawy niewydolności ekonomicznej ówczesnego systemu. Kartki na cukier - rzecz niebywała w Europie, a nawet w biedniejszych od Polski krajach
już weń sensami. Z sensami tak sensownymi, że może z nich czasem wynikać, iż żadnego sensu nie mają. Myślałem wówczas, zwłaszcza gdy czytałem "Chrystusa z karabinem na ramieniu" i reportaże o Angoli, że Kapuściński ze szczególnym upodobaniem lubuje się w wyszukiwaniu i tropieniu nonsensów i paradoksów historii. Że lubi podważać naszą europejską miarę świata, ugładzonego, czystego, sytego, zadowolonego. Ale kiedy przeczytałem niedawno "Wojnę futbolową",
socjalistycznych. Powiadało się: "Tak dalej nie może być", "muszą nastąpić zasadnicze zmiany". Nikt jeszcze nie wiedział (ani nawet nie przewidywał, jaki konkretny kształt przybiorą te niezbędne zmiany. Wyczuwało się wszakże, że atmosfera społeczna gęstnieje, a władza była coraz mniej skora do stosowania represji wobec opozycji. Wydawnictwa bezdebitowe krążyły niemal jawnie, rzecz nie do pomyślenia jeszcze parę lat wcześniej. W tym stanie rzeczy "Cesarz" był przysłowiowym
tego świata, jakby zabrakło mu odwagi, jakby sam nie wiedział, jaki świat jest lepszy. Ten - co na naszych oczach się staje, czy ten - co bezpowrotnie odchodzi. Zanim Kapuściński nie napisał "Wojny futbolowej", trudno było nawet ten świat zobaczyć. W reportażu o Angoli widziało się jeszcze sam mechanizm, bezbłędny, precyzyjny. Teraz widzi się już całość. Ta książka o abisyńskim satrapie wykracza bowiem daleko poza Etiopię i jest kolejną z cząstek, z których autor układa pracowicie swój